swiatpodroznikow.pl
« Poprzedni blog | Następny blog »
Zgłoś nadużycie | Stwórz własnego bloga | Zaloguj
dejwidos

W kraju słońca

Chciałbym się z Wami podzielić swoimi spostrzeżeniami i przeżyciami jakie wiążą się z moim wyjazdem do Ameryki Południowej. Konkretnie do Peru.


Poniedziałek, 07-10-2013

365 dni temu

365 dni temu spędziłem cudowny rok w Ameryce Łacińskiej tj. na studiach w Peru, praktykach w Chile i w podróży przez Amerykę ... co prawda nie pisałem na blogu nic na bieżąco... ale jak tylko zjadę trochę więcej czasu opoblikuje wszystko krok po kroku... to nie może pójść w zapomnienie... zarówno moje przygody w różnych krajach jak i anegdoty związane ze studiowaniem i praktykami mogą być przydatne dla wielu innnych osób podróżujących po Ameryce Południowej.
dejwidos | 10:15

Czwartek, 13-09-2012

Lomas de Lachay - skarb natury

Przyszedł najwyższy czas, abym opisał miejsca, które udało mi się zobaczyć i poznać do tej pory. W samej Limie jeszcze za wiele nie widziałem – miasto jest ogromne – mieszka tu obecnie 9 milionów ludzi. Mamy też sporo zajęć i obowiązków, bo strasznie dużo zadają i często robią controles de lectura czyli nasze polskie wejściówki, więc trzeba się ostro uczyć. Tym bardziej, że przeczytanie notatek (separata) wymaga od nas więcej czasu, wszystko jest przecież w języku hiszpańskim, poza tym za dwa tygodnie zaczynają się egzaminy połówkowe tzw. examenes parciales. Do uniwersytetu jeszcze wrócę. W tym poście chciałbym się jednak skupić na magicznym miejscu jakie odwiedziłem zaraz po wylądowaniu w Limie, a mianowicie chciałbym napisać o Lomas de Lachay.

dejwidos

Ponad 100 km na północ od Limy znajduje się Reserva Nacional de Lachay - jedno z pierwszych miejsc jakie odwiedziłem w Peru. Niesamowite, bo stworzyła je natura a nie człowiek. Panuje tam atmosfera, którą trudno opisać dlatego, że jest się w dżungli na pustyni. Tak przynajmniej to wygląda. Niesamowitego charakteru i oryginalności nadają temu miejscu mgły, które w nim występują. Sceneria jest jak z horroru, nie przesadzam.

Tak jak już napisałem rezerwat ten jest położony 105 km na północ z Limy podążając Autostradą Panamerykańską łączącą dwie Ameryki, której fragment widać na zdjęciu.


dejwidos

Sama wycieczka jest nie trwa długo. Z Limy trzeba wyjechać rano. Podróż autobusem zajmuje około trzy godziny w jedną stronę. Obejście rezerwatu wyznaczonymi szlakami nie trwa dłużej jak dwie godziny, także jeden dzień na odwiedzenie i obejście tego cudu natury w zupełności wystarczy.


dejwidos

Widoki zmieniają się intensywnie. Z gór piachu wynurzających się z Oceanu Spokojnego, krajobraz stopniowo przeistacza się w pokryte florą wzgórza. Gdzie niegdzie wyłaniają się drzewa, jednak nie są to drzewa nam znane… Jest w nich jakby magia, a jeszcze większej pikanterii nadaje im mech je porastający, jak również połamane gałęzie i mgła, która je otacza.

dejwidos

dejwidos

dejwidos

Ja miałem dużo szczęścia dlatego, że najlepszą porą na odwiedzenie Lomas de Lachay to tutejsza zima czyli okres między czerwcem a październikiem. Jest to po prostu okres wegetacyjny czyli najlepszy czas, żeby poznać bogaty świat roślinności jaki tam występuje. W okresie stycznia i marca temperatura wzrasta i dochodzi do 20 stopni a wilgotność wynosi 80 – 82 %. Natomiast w okresie zimy, która wcale polskiej zimy nie przypomina temperatura spada do 15 stopni. Towarzyszą jej lekkie opady tzw. prysznice. W tym przypadku warto zabrać ze sobą coś cieplejszego bo rzeczywiście jest zimniej jak w Limie i prowiant, żeby coś przekąsić w czasie drogi.

dejwidos


Jest to naprawdę niezwykłe miejsce, które polecam odwiedzić. Blisko Limy, połączenie wygodne. Bilet na autobus kosztuje 30 soli czyli około 33 zł i wejście do rezerwatu 5 soli czyli 6,5 zł.

dejwidos

dejwidos
dejwidos | 01:41

Środa, 12-09-2012

30 dni w Peru

Sam nie mogę w to uwierzyć, ale jestem już miesiąc w Peru, a wydaje mi się jakbym wylądował tutaj kilka dni temu. Czas płynie jeszcze szybciej niż w Polsce. Pierwszy tydzień na uniwerku minął jak kilka godzin. Było intensywnie. Chodziliśmy na wszystkie możliwe przedmioty, żeby wybrać te najbardziej interesujące. Ja osobiście zapisałem się na periodismo televisivo (dziennikarstwo telewizyjne), periodismo radial (dziennikarstwo radiowe), fotografia periodistica (fotografię w prasie) i registro de imagen y audio, ale z tego kursu się wypisałem, bo nie dałbym rady ze wszystkim. Chciałbym też trochę pozwiedzać Peru i poznać ten kraj.

Każde zajęcia obejmują jakby nasze wykłady (clase) i ćwiczenia (practica), ale w znacznie większej ilości liczby godzin. Fotografia ma np. 4 godziny i full pracy poza zajęciami. Wypożyczamy aparaty Nikon D 90 i dają nam różne zadania każdego tygodnia. Przeważnie jest do zrobienia 50 różnych zdjęć na tydzień, a to dlatego, że od następnego miesiąca będziemy pracować już dla gazet i to mi się podoba, bo praktyka to tu podstawa. Tak samo jest na przykład na dziennikarstwie radiowym. Mamy 5 godzin zegarowych zajęć na tydzień. Ćwiczenia są w kabinach, także pracujemy jakbyśmy byli w radiu. W ciągu całego semestru musimy nagrać 5 programów po 60 minut na żywo, które będą puszczane w radiu naszego uniwersytetu. Co mnie zaskoczyło to ilość osób w grupie. Na fotografii jest nas pięć osób, na dziennikarstwie radiowym cztery, a na dziennikarstwie telewizyjnym osiem, ale tam też mamy więcej pracy, nie tylko przy kamerach i jako reporterzy, ale również przy switcherze w studio - trzeba obrobić materiał i nagrać na koniec semestru godzinne wiadomości z materiałami, które przygotowujemy i nagrywamy obecnie. Masa roboty, ciągle uczę się czegoś nowego! To mi się podoba.
dejwidos | 04:49

Środa, 12-09-2012

Zmiany

Poniższy post napisałem 18 sierpnia, nie miałem po prostu kiedy go wkleić!

Z dnia na dzień wszystko się zmienia. Woda w kranie nie jest już tak lodowata, jak za pierwszym razem i tak się zastanawiam, czy przez te kilka dni „przyzwyczaiłem” się już brać lodowaty prysznic czy po prostu jej temperatura jest neutralna, bo o ciepłej czy gorącej nie mam nawet o czym marzyć. Najlepiej chyba napisać, że woda jest letnia.

Tak jak wspominałem, nie przepadam za właścicielką naszego mieszkania. Babcia jest cwana i przebiegła, a za razem udaje świętą. Mówi do mnie „papi lindo” albo „papasito” co oznacza coś w stylu tatuśku. Jedyne co dobrego zrobiła do tej pory to wstawiła nam drzwi na dach, ale jak!? Pod Drzwiami jest 10 centymetrów szpary (więc zimno w nocy wpada), na co bruja – wiedźma (tak ją tutaj nazywamy) stwierdziła, że najlepiej przystawić jakiś kartonik. Jednak to nie ma większego sensu, bo drzwi może i mamy ale nie ma okien na klatce schodowej i tak czy siak do nas do domu można wejść przez dwa otwory które je przypominają, a w których nie ma szyb. Tak, tu oknem nazywa się kawałek szyby, którego i tak my nie mamy. W nocy jest dość zimno na przedpokoju, w pokoju już trochę cieplej ale to dlatego, że są drzwi, które zamykam i śpię w zimowym swetrze i wełnianych kalesonach i skarpetkach.

W końcu mamy Internet. Jednak jak ze wszystkim to i nasze łącze jest inne. Mimo tego, że babcia ma stacjonarny telefon bezprzewodowy z anteną, z którym chodzi i jak jest np. w autobusie może go odebrać to Internetu nam podłączyć nie chciała, więc sprawdziłem listę wi-fi i pochodziłem po sąsiadach i popytałem kogo sieć jak się nazywa, żeby wiedzieć jaki mamy sygnał. Wystarczyło iść do dwóch. Doszliśmy do porozumienia. Płacimy po prostu pół ceny za rachunek. Właściwie to nie było to potrzebne, bo w tym samym czasie kiedy ja poszedłem do sąsiadów moja współlokatorka – Meksykanka wpisała takie samo hasło jak była nazwa sieci i tym sposobem każde z nas wywaliło w błoto 19 soli na miesiąc, poza tym na noc wykańczają router więc nie mamy sygnału gdzieś między 23:00 a 8:00 rano lokalnego czasu czyli między 8:00 rano a 13:00 czasu polskiego.

Co rano mimo, że nie śpię już o godzinie 6:00 dzwoni budzik u sąsiadów. Nie wiem jak to możliwe ale ja go słyszę u siebie w pokoju, kiedy jestem jeszcze w łóżku. Najgorsze jest to, że zanim go wyłączą minie zawsze kilka dobrych minut.

Sole to moneta peruwiańska. Sol w naszym języku oznacza nic innego jak słońce. Jeden sol to około 1,3 zł. Jeżeli chodzi o same ceny to jest różnie. Wiele produktów mniej więcej jest tej samej wartości. Są też jednak dużo droższe, do których należą kosmetyki i tak najtańszy szampon kosztuje jakie 15-18 zł po przeliczeniu na złotówki, także biedronki brakuje mi strasznie. Do jednych z tańszych produktów można zaliczyć wszystkie przekąski na ulicy za jednego sola, które są naprawdę bardzo smaczne. Sam sok z wyciśniętych pomarańczy, tzn. szklanka soku kosztuje około 1,5 zł. Kupuje codziennie bo to same zdrowie i jeszcze takie tanie.
dejwidos | 04:07

Środa, 15-08-2012

Witaj w Limie!

Nasze mieszkanie jest dziwne, tzn. na przedpokoju postawiliśmy stół, a wokół niego ciągną się schody które prowadzą na dach, tzn. dachy są tutaj płaskie, a domy jednopiętrowe, przynajmniej na naszej dzielnicy. Wyglądają po prostu jak takie poustawiane kwadraty… Wracając do schodów prowadzących na dach to nie mamy żadnych drzwi, więc każdy z sąsiadów może wejść ze swojego dachu przez nasz do naszego domu… poza tym jak zacznie padać deszcz to będziemy mieli potop peruwiański. Dodatkowo właścicielka mieszkania – babcia (wkurzająca mnie strasznie) stwierdziła, żeby pralkę wynieść na dach a jak zacznie padać to, żeby przykryć ją kartonem. Pralka sama w sobie jest inna. Od góry otwierana i nie trzeba jej zamykać w czasie prania, także widzę całe pranie jak się pierze – to taka nowość dla mnie! Generalnie to lepiej zapomnieć o całym świecie jaki się do tej pory znało i uczyć się wszystkiego na nowo, nie prównywać, nie mówić, że jest lepiej czy ejst gorzej, po prostu inaczej!
W nocy nie ma wody… a pierwszy prysznic prawie mnie zabił, woda była lodowata! Ze względu na zmianę czasu wstaje tutaj bardzo wcześnie…
dejwidos | 02:01

Środa, 15-08-2012

Nareszcie w domu…

Do mieszkania, w którym mieszamy dostaliśmy się chyba około 20.00. Nie pamiętam już dokładnie. W każdym razie było już ciemno, ale ciepło… około 20 stopni, cieplej jak w Polsce pomimo tego, że tutaj jest zima – niczym nie przypominająca jednak naszej. Mieszkanie takie sobie, nie było pościeli, a w nocy było tak zimno, że prawie zamarzłem śpiąc w kurtce, czapce zimowej i szaliku pod kocykiem, który dzięki Bogu zabrałem ze sobą z samolotu. Mieszkamy w czwórkę. W dwóch Polaków, Ekwadorczyk i Meksykanka.
dejwidos | 02:00

Środa, 15-08-2012

W Nowym Świecie

Od kilku dni jestem już w Ameryce Południowej. Samej Limy nie znam jeszcze za dobrze, wiem tylko jak dojść z domu na uniwerek i mniej więcej co gdzie jest w okolicy. Jest to ogromne miasto, które zamieszkuje ponad 7 milionów ludzi, więc potrzebuje czasu, żeby je poznać.
Każdy jest pewnie ciekawy jak pierwsze wrażenia! Mam mieszane uczucia. Jedne rzeczy mnie zachwycają, inne dziwią lub frustrują, ale o tym będę pisał w miarę czasu i możliwości.
Do Limy doleciałem po godzinie 18:00 lokalnego czasu. Loty minęły mi dość szybko, choć podróż była męcząca. Ze Szczecina wyjechałem o 3:00 w nocy, wylot natomiast z Berlina do Amsterdamu był po godzinie dziewiątej. W Amsterdamie dosłownie przeszedłem przez lotnisko, dotarłem do odprawy granicznej, a następnie do bramki – wyjścia do samolotu do Limy. Bagaż zdałem wcześniej na lotnisku w Berlinie, więc nie musiałem się już o niego martwić. Sam check-in w liniach KLM był bajecznie prosty – polega to an tym, że podchodzi się do maszyny trochę przypominającej bankomat wkłada się paszport i na ekranie pojawiają się dane pasażera. Trzeba odpowiedzieć na kilka pytań związanych z bezpieczeństwem i bagażem, po czym wszystko zaakceptować i wydrukować bilet. Mi wydrukowały się od razu dwa, po czym nadałem wcześniej wspomniany już bagaż i przeszedłem przez odprawę. Wszystko było O.K. Pierwszy lot trwał ponad godzinę, drugi ponad dwanaście. Czas leciał w miarę szybko. Sam samolot w środku był ogromny. Do tej pory latałem tanimi liniami i nie miałem pojęcia jak to wygląda samolot i sam lot w dalekodystansowych liniach tradycyjnych. Każdy pasażer posiadał też swój telewizorek, na którym to można było oglądać, koncerty m.in. Shakiry czy Beyonce; seriale typu: Przyjaciele, Modern Family, Gotowe na wszystko czy Glee. Normalnie tak jak w telewizji były różne programy, dodatkowo gry i kursy językowe. Ja przerobiłem kurs włoskiego. Filmów nie oglądałem, bo nic ciekawego dla mnie nie było. Serwis na podkładzie był super! Co pół godziny załoga rozdawała napoje, również alkohol. Obok mnie siedział Peruwiańczyk, który pił w przesadnych ilościach i na koniec był tak pijany, że stewardessa musiała zapiąć mu pas bezpieczeństwa, bo w ogóle nie reagował na to co się do niego mówi. Był to jakiś biznesmen z tego co mówił, ale go nie przypominał. Dania główne były dwa tzn. dostaliśmy obiad i kolacje, a między czasie były też mniejsze przekąski i lody, także z samego samolotu wyszedłem najedzony. Do Peru dotarliśmy po 18:00 czyli po 1:00 w nocy polskiego czasu. Na lotnisku już w Limie, ustawiliśmy się w kolejce po wizę z drukami, które otrzymaliśmy jeszcze w samolocie. Niektórzy dostali wizę na 183 dni (np. ja) inni na 90. Nie wiem od czego to zależy – dziwne. Po odebraniu bagażu, była następna kontrola celna. Podchodziło się do przejścia wciskało guzik i jak na loterii, albo się przeszło albo nie i miało się dodatkową kontrolę. Przede mną przechodziła Monika, wcisnęła pojawił się zielony kolor co oznaczało, że może iść. Następnie ja podszedłem do przycisku, modląc się w myślach o to żeby był zielony kolor a nie czerwony i w tym momencie celnik spojrzał na mnie i powiedział, żebym tego nie wciskał i poszedł od razu za Moniką. Zdziwiłem się trochę a on szybciej szybkiej no to ja przeleciałem zadowolony, że już nie będą mnie kontrolowali. Na lotnisku też chodzili celnicy z psami i kontrolowali torby, ale chyba nic nie znaleźli, bo nie było żadnego zamieszania. Pieniędzy nie wymieniłem bo kurs był nie korzystny i dodatkowo pobierali 3% marży. Po wyjściu z lotniska, byliśmy atakowani przez ludzi na każdym kroku. Wszyscy po drodze do nas krzyczeli taxi, taxi… Biały człowiek równa się dla nich nadziany, a my nadziani nie jesteśmy… na lotnisku taksówki były droższe więc, chłopacy którzy po nas przyjechali (Ekwadorczyk i Kanaryjczyk) zabrali nas poza jego obszar, gdzie stali po prostu ludzie ze swoimi samochodami i mówili, że są taksówkarzami. Tym sposobem samochodem jednego z nich opuściliśmy strefę lotniska i dostaliśmy się do Limy…
dejwidos | 01:51

Sobota, 04-08-2012

Pakowanie

Jestem już na etapie pakowania, a raczej przepakowywania tzn. wkładania i wyciągania rzeczy do i z walizki. Zabrać ze sobą w torbie ważącej 23 kg i bagażu podręcznym rzeczy na pół roku nie jest prostą sprawą. Wszystko to związane jest z klimatem, tzn. przypomnę, że Polska znajduje się na półkuli północnej, a Peru przeciwnie na półkuli południowej, a co za tym idzie my mamy teraz lato, a tam jest zima.

dejwidos

Dodatkowo Peru dzieli się jakby na trzy regiony: costa (wybrzeże), sierra (obejmująca góry Andy) i selva czyli w przeważającej części las równikowy. Takie ukształtowanie powierzchni wypływa również na pogodę. Klimat w Peru jeszcze opiszę, a raczej pogodę jaka będzie mi towarzyszyć. W tym poście natomiast uwzględniam go w kontekście ubrań, których będę potrzebował w Limie, gdzie obecnie jest zima (jednak nie taka sroga jak w Polsce) i gdzie dane mi jest przeżyć wiosnę i część lata.


dejwidos
Na większości obszarów w Peru występuje klimat równikowy, tzn. wybitnie wilgotny w Amazonii i suchy górski w Andach. Na wybrzeżu czyli tam gdzie będę głównie mieszkał jest natomiast klimat zwrotnikowy suchy, na co wpływ ma zimny Prąd Peruwiański i obecnie temperatura waha się w granicach 20 stopni. Jak podają statystyki temperatury średnie w Limie wynoszą: 15-17 °C zimą i 19-21 °C latem. Jest jednak duża wilgotność i coś ciepłego muszę zabrać tym bardziej, że przyda mi się to na pewno w czasie wyprawy w Andy. Tym czasem wklejam zdjęcie z pakowania z koszulką, którą zrobiłem sobie na zamówienie – jej na pewno nie zabraknie w mojej walizce. Dodatkowo muszę zakupić leki. I udać się zo sklepu elektronicznego po aparat fotograficzny i telefon, ahhh i jeszcze po walizkę na bagaż podręczny.
dejwidos | 22:13

Sobota, 04-08-2012

Ubezpieczenie

Szczepienia szczepieniami, ale jak to powszechnie już widomo bez ubezpieczenia lepiej się z domu nie ruszać. Napiszę tak, od kilku dni mogę spać spokojnie, ponieważ otrzymałem już moją polisę ubezpieczeniową z uczelni obejmującą okres wyjazdu. Prawdę powiedziawszy zdziwiłem się trochę jak otworzyłem kopertę i zobaczyłem w niej tylko taki mały kartonik jak wizytówka, na którym nie ma nic więcej napisane jak: numer telefonu i numer polisy. Trzeba iść jednak z duchem czasu. Nawet to lepiej, bo chyba w końcu zaczęli myśleć o drzewach. Tym sposobem UJ ubezpieczył mnie w Ergo Hestia Podróże. Zabieram również ze sobą amulet Matki Boskiej z Guadalupe, więc jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że ubezpieczenie się mi nie przyda.


dejwidos

Sam natomiast profilaktycznie wykupiłem sobie międzynarodowe ubezpieczenie ISIC z tego względu, że jestem jeszcze studentem i zniżek nigdy za wiele, a na pewno będę korzystał z wielu atrakcji i wchodził do wielu miejsc. Poza tym później życie już mnie nie będzie tak rozpieszczało i za wszystko będę płacił 100%. Pierwszy raz zakupiłem tą kartę. Dotychczas zawsze używałem karty EURO 26, ale nie zapominam o tym, że Europa to nie pępek świata i międzynarodowe ubezpieczenie jest najważniejsze.
dejwidos | 22:10

Sobota, 04-08-2012

Przygotowania do wyjazdu rozpoczęte – szczepienia!

Wracając do wczorajszego postu, to wielkie podziękowania na pewno należą się również Ali, która to uratowała mi życie kilka lat temu w Poznaniu. Nie pamiętam już teraz dokładnie jak to było, ale w po tym jak dojechałem na egzamin maturalny z języka hiszpańskiego ze Szczecina do Poznania Ala zaprowadziła mnie do szkoły, w której miał on miejsce i głęboko podtrzymała na duchu, za co zawsze będę jej niezmiernie wdzięczny. Dodam tylko, że widzieliśmy się wtedy pierwszy i mam nadzieje nie ostatni raz.

Wróćmy jednak do samego wyjazdu, z którym wiąże się tak wiele formalności i rzeczy do załatwienia. Jedną z najważniejszych spraw jakie należy wykonać jeszcze przed opuszczeniem Europy są szczepienia. Otrzymać zastrzyk – nie jest to już może tak nieprzyjemne jak było w dzieciństwie, tym razem już nie płakałem, ale bardzo ważne. Dla mnie osobiście zdrowie jest na pierwszym miejscu. Wiadomo, inny świat, tzn. inne ukształtowanie geograficzne, inny klimat a co za tym idzie inna flora bakteryjna. Zagrożenia dużo większe niż dotychczas, więc trzeba się chronić i bezpiecznie wrócić jednak do domu. Nie chciałbym podzielić losu wielu z konkwistadorów, którzy marnie skończyli chorując na nieznane im dotychczas choroby Nowego Świata.

Niestety jak na kieszeń studenta to muszę napisać, że same szczepienia są drogie. Nie szczepiłem się na wszystko, bo jeden zastrzyk kosztuje już po zniżce studenckiej przynajmniej 150 zł. Profilaktycznie i zgodnie z zaleceniami Pani doktor wykonałem trzy niezbędne moim subiektywnym zdaniem szczepienia, tzn. zaszczepiłem się na żółtą febrę, dur brzuszny i wzw A. Wszystkie wymienione choroby występują na terenie Ameryki Południowej. Co ciekawe w czasie wizyty lekarskiej dowiedziałem się nowej rzeczy. Do dziś nauka nie wymyśliła szczepionki, która chroniłaby nas przed malarią, co wcale nie oznacza, że zrezygnuje z wyprawy do selvy czyli dżungli amazońskiej.


dejwidos Po wizycie w gabinecie lekarskim otrzymałem międzynarodową książeczkę szczepień – taki mały żółty zeszycik, którą oczywiście muszę zabrać ze sobą w podróż. Znajdują się tam podstawowe dane urzędowe pacjenta, nazwy szczepień jakie zostały mu wykonane i informacje, która szczepionka na ile lat obowiązuje.

W ogóle to szczepiłem się jeszcze w Krakowie, bo nie brakowało tam punktów z usługami Medycyny Podróży. Ja przykładowo skorzystałem z Centrum Szczepień przy krakowskim Szpitalu Jana Pawła II.
dejwidos | 22:01
Śledź ten blog
dejwidos

Mój profil główny